Szkic wiosenny i wiosenna impresja
Dzisiaj chce się żyć, choć na dworze deszcz. Piękny jest ten deszcz, pada tak cudownie. Niech pada, niech pada. A wiatr niech dmie do późnego wieczora. Bo w domu jest ciepło a, za oknem zmierzch tak pięknie nieprzyjazny. Wiem też, że mogę spokojnie wyjść i na deszczu i wietrze nie będzie mi wcale źle. A wręcz przeciwnie, będzie mi przyjemnie. Bo niedługo ziemia zapachnie tak jak pachnieć powinna ziemia. Jak pachniała zawsze na wiosnę, kiedy szedłem po deszczu do parku na ryby a, ziemia i chodniki parowały nagrzane słońcem jak kaflowe piece. Ten cudowny zapach, towarzyszył nam do końca lata, bo polewaczki jeździły po brukach i asfaltach chłodząc wodą zakurzone i spragnione miasto. Po tym polewaniu, parowało i pachniało i wszyscy mieliśmy to wspaniałe uczucie- byliśmy jakby bliżej życia w tym życiu za życia.
Wiosenna impresja jadę samochodemotwieram okno czerwonego peugota i powietrze wymiata mi ota nie ma kota i nie ma mamota wiatr otwiera mi nozdrza szeroko wpada w ucho wydmucha prawe i lewe oko potem dalej widzę oczami które lecą wyżej nad wami ptak przepłynął w kwitnącej japońskiej wiśniowi cały zrobił się biało różowy porwał oka na ostrzu dzioba przegiął pióra i się podoba i lecimy na grzbiecie oboje jest nas dwoje troje wieloje niżej wyżej chmurkami po nosie koromondnie kormosie mosie kala kokola komola mola pachnie wianna pa lasach i polach ala ładna manna niewanna jaka kala ka ma lo ło syk wik mik pstyk kwik wzik tju lju so pso piknie spiewajo ludzieńki zakwit miękki biały zieleńsi za nim dalej łalej malej i do góry i we strony wszystkie stroniczki głonie lonie otwarte muikami mijo miło zamiłowanie miłomiłek połącznik miłołoł łałałonek łałołeń łałonek miłomałek miłołyń miłonek mój samochód się robi w zielone szyby spuszczam na drzewa czerwone banialucze kołami po drodze z prawa i z lewa w powietrze wchodzę wycieraczki wcierają słoneczka już na szybach czerwona przecierczka słońce wońce słoneńko słońuszko słoko soko ssonko so soł słos sos s ps ws łs ns sono sonno so ko da wi da ban da da so na si łiło łeda da lo san si da bun da da du da di Szkic tramwajowy Kolejny dzień w Poznaniu. Przyglądam się ludziom. Jadę zatłoczonym tramwajem. Obce twarze, sami Polacy, ale jakby z różnych narodów. Turcy, Żydzi, typowi Słowianie i Pijaczki jadący na gapę do sklepików, na głodzie, jak osobny naród. To oni przesiadują od rana w tanich kawiarenkach i barach, oni i emeryci dyskutują o kulawej polityce, pogodzie i o problemach ze zdrowiem. Dzisiaj słonecznie. Rano, mgła była zapowiedzią dobrej pogody. Wszędzie samochody. Nie wytrzymują tego dziurawe tętnice ulic. Jadę zatłoczonym tramwajem. Kobiety od rana, kiczowate brzydoty, wypachnione wodą kolońską robotnicze żaby w zielonych pantalonach. Wypchają się kolańska dresów białych i różowych. Kleją się do siebie wyświechtane i przepocone, zwisające z tramwajowych uchwytów kurtki skajowe. Przeglądają się w szybach czerwone, tłuste pomadki. Wytrzeszczają swoje ślepia zwierzęce, kryjąc się pod kudłami pożółkłych, tłustych odrostów, złote, przy uszach wisiory. Śmierdzi w tłoku zapalenie migdałów. Ciągle uważam by się nie wyrzygać. Wspominam śniadanie, twardy zarost zabitej blondynki, której zwłoki spożyłem rano na własne życzenie, z chrzanem i musztardą. Patrzę na ręce, jakże inne niż te w południe na deptaku w centrum Bremy. Jakże inne są to ręce i paznokcie, żółtoczarne od papierosów i smaru, naprawianej i wiecznie zepsutej protezy zjełczałego mercedesa- rocznik: 79. Jadę tramwajem. (piosenka) a u mnie w sołackim zakwitają zapachem kasztany i uśmiechem dzieci zakwita asfalt czarny pod ich stopami wzdłuż ulice obejmują w ramiona dumne lipy i strzeliste topole co raz w roku sypią dokoła śniegiem i herbacianym napojem przez chodniki przecięte torami z piskiem tramwaj sunie zielony na swym grzbiecie niczym koń drewniany niesie ludzi po pracy zmęczonych a, te moje, to właśnie te strony Wołyńska, Plac spiski, Mazowiecka dom z ogrodem dachówką czerwony dom widziany oczami dziecka po parkanach ogrodach i skwerach rozkochane jak w oczach dziewczyny w blasku słońca, co żarem doskwiera przeplatają się serpentyny alejek szkic kawiarniany w śród oparów budki piwoszy zataczają się pijacy bez głowy rąk i nóg za bezcen groszy utopieni w kałużach rzygowin (napisane dziesięć lat temu i ciągle aktualne, wniosek: dzieło ponadczasowe) Siedzę przy oknie w kawiarni Iwa. Na zewnątrz, dostrzegam nagle sine ciało Kozła. Pojawia się i w śród liści, spada tak jak one. Unosi się i kręci w powietrzu piruety. Jest więc! Przychodzi tu. Patrzę przez okien frędzlate firany, chowając się przed nim, by mnie nie rozpoznał, koleżka skazany, na zieloną butelkę i płaszczyk na smalec. Siateczki wzorek jak bezzębne życie, a w siatce- serce, ściśnięte, w przeżartym przełyku i oberwane z lekka po drugim zawale, ucho, do trzymania życia w siatce. list drogi Koziołeczku! zaczynałem z tobą w parku pod drzewami nad sołackim stawem podpieranie ławek to było przed laty mój miły koleżko miałeś motorower a ja wędkę miałem i poszedłem łowić te ryby wychciane ty zostałeś w parku nad zatrutym stawem twój koleżka z wędką Szkic powietrza w kościele w Castro Jakże lekkie jest powietrze w drewnianej świątyni w Castro. Powietrze prostoduszne i pełne optymizmu. Bez przepychu, bez kiczu. Światło wchodzące przez proste, niebieskie i żółte witraże, ślizga się po jasnych, drewnianych kolumnach- bez oporów i fałszywych obaw. I jaszcze, łatwa do przejścia przestrzeń, dla człowieka i Boga. Szkic z Castro Boję się tej zawrotnej szybkości z jaką gnije tutejsza rzeczywistość. Rybą podobne domki, pokryte drewnianą łuską, w walce z wilgocią, z roku na rok jak zepsute zęby- wypadają z rzędu zdrowych, świecąc czarnymi dziurami- w szczękach ulic. naścienna instalacja (z kroniki rodzinnej) na ścianie porcelanowy koń i doniczka z kwiatami z bielej porcelany trumienny portret zabitego w wieku 23 Santiago Omar Faudez i słońce spieka tobie usta jak wtedy w śmiertelnym zagrożeniu smakowała szczególnie miłość spiekająca ciała w bramie na krótki odruch lepszy niż zasrać się w spodnie lub wypłakać słony ocean